Co wolno tajniakowi?

Jest jesień 2018 r. Do mediów trafia informacja o zatrzymaniu grupy myślenickich policjantów. Sprawa jest poważna, o czym może świadczyć fakt, że zajmuje się nią Małopolski Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej.

To jednostka stworzona przez Zbigniewa Ziobrę do walki z najpoważniejszymi przestępstwami. Śledczy mówią o fałszowaniu dokumentacji dotyczącej obowiązkowych dla policjantów strzelań, ale dużo poważniejszą kwestią są związki niektórych policjantów ze zorganizowaną grupą przestępczą.

– Podejrzani policjanci pomagali jej członkom uniknąć odpowiedzialności w związku z urządzaniem i prowadzeniem w agencji towarzyskiej gier hazardowych na automatach oraz sprzedaży w tej agencji alkoholi bez wymaganego zezwolenia – przekazuje prok. Karol Borchólski z biura prasowego Prokuratury Krajowej.

Śledczy informują, że gang był zamieszany m.in. w handel ludźmi. Prokuratorskie zarzuty to więc nie przelewki. Grozi za nie nawet do 10 lat więzienia.Media piszą o zblatowaniu funkcjonariuszy z groźnym gangiem, a dwaj z nich trafiają do aresztu. To Rafał Cz. i Mateusz D. z myślenickiej komendy.Oczy, uszy policji

Cz. w policji służył od 16 lat. Nie dorobił się specjalnie, jeździ peugeotem 206 wartym tysiąc złotych, ale jak mówi, „zawsze chciał być gliniarzem”. Wysportowany, na ręce sporych rozmiarów tatuaż. Od siedmiu lat był policjantem operacyjnym. Jego partner z zespołu, Mateusz D. – od dziewięciu lat.

Operacyjni to taki policyjny żargon. Potocznie o takich jak on mówi się po prostu – tajniacy. To oni są oczami, nosem i uchem policji. Wydobywają każdą najdrobniejszą informację, która może doprowadzić do przestępców. Wszystko, co robią, jest tajne.

– To specyficzna praca. Godziny biegania po mieście, dnie i noce spędzane na obserwacjach, to w końcu pozyskiwanie współpracowników, dzięki którym można dojść do źródeł przestępstw – wyjaśnia krakowski policjant. I przede wszystkim to ciągła praca na styku z przestępcami. Nierzadko sami ich udają, wchodzą w struktury grup przestępczych, by rozpracować je od środka.

Według prokuratury wiedzieli, że właściciel agencji czerpie dochody z nierządu, ale nic z tym nie zrobili.

Rafał Cz.: – W agencji byliśmy kilkanaście razy. Ale dziewczyny formalnie miały umowy na wynajem pokoi. I tak to było zarejestrowane. Na papierze kobiety zwyczajnie wynajmowały pokoje w jego nieruchomości. Dlatego S. czuł się pewnie.Skoro jednak wiedzieli, że kobiety świadczą usługi seksualne za pieniądze, dlaczego nie podjęli działań w tej sprawie? To, że właściciel bierze kasę od dziewczyn, to nasza wiedza operacyjna. Ale muszą być jeszcze dowody. Bez zeznań dziewczyn, że opłacają się komuś, nic nie możemy. A te nie chciały mówić. Były dobrowolnie w tej agencji, zarabiały, wiec po co miały go obciążać. Próbowaliśmy coś zdobyć. Pojawiła się nowa dziewczyna, nawiązaliśmy z nią kontakt, ale odmówiła współpracy.Prokuratura wyciąga asa z rękawa: policjanci zjawiali się na kontrole w Edenie w godzinach dopołudniowych, kiedy agencja nie pracowała.

Cz. tłumaczy: – „Eden” był czynny 24 godziny na dobę. Niektóre dziewczyny mieszkały tam, inne dojeżdżały. To śmieszny zarzut.

Prokuratura na to, że policjanci nie pytali kobiet, czy uprawiają prostytucję, nie sprawdzali tych umów. I koronne zarzuty: w agencji były butelki po alkoholu, a policjanci nie sprawdzali, czy właściciel agencji ma… pozwolenie na jego sprzedaż. Nie weryfikowali też, czy stojące w agencji automaty do gier są legalne, a właściciel ma książkę meldunkową i rzetelnie rejestruje dochody w kasie fiskalnej.

– Fakt, nie zwracaliśmy uwagi na jakieś maszyny czy alkohol w agencji. Może to był błąd, ale przecież, jak pan idzie do nocnego po piwo, to nie sprawdza pan, czy ma koncesję. Policja nie jest od sprawdzania tego. Policja nie ma uprawnień do kontroli. Jak mamy sprawdzić kasę fiskalną? Nie mam pojęcia. Jakbym poprosił o zezwolenie na sprzedaż alkoholu, to pewnie by mi go pokazali, a skąd miałbym wiedzieć, czy prawdziwe, czy nie. Policjant tego w życiu nie robi. Od tego jest straż miejska. Prawo nie nakładało na mnie takiego obowiązku. Mogłem, ale nie musiałem tego robić. Kolega przede mną, który prowadził tę sprawę, też nie robił takich kontroli. A zarzut mam tylko ja – denerwuje się Cz.I dodaje: – Automatami zajmowała się służba celna, myśmy tylko zabezpieczali akcję, żeby ktoś ich nie zaatakował. Co najwyżej legitymowaliśmy barmana. W sprawie automatów przepisy były niejednoznaczne. Zresztą stały wówczas wszędzie – w sklepach, w barze. Służba celna zabierała je, a za godzinę cztery nowe już stały.

Adwokat Tomasz Wierzbicki: – Kontrole to w ogóle za dużo powiedziane. Nie ma czegoś takiego. Policjanci mogą przyjść, ale muszą mieć uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa. Mają się zajmować ściganiem przestępstw czy sprawdzaniem pozwolenia na alkohol? – pyta.- Dla S. wszystkie te nasze wizyty to były kontrole. A większość tych wizyt miała na celu uzyskanie istotnych informacji dla naszej pracy w policji.

Skoro mieliśmy chronić Krzysztofa S., jak utrzymuje policja, po co prowadzilibyśmy przeciwko niemu sprawę o przywłaszczenie przez niego portfela z pieniędzmi na stacji benzynowej? Rozpoznaliśmy go na monitoringu ze stacji. Gdybyśmy chcieli ukręcić łeb postępowaniu, stwierdzilibyśmy, że nikogo nie było na nagraniu i po sprawie. A Krzysztof S. został zatrzymany, jeszcze mu jakieś maczety znaleziono w samochodzie – mówi policjant.

Policjantom z Myślenic w trakcie śledztwa założono podsłuchy, sprawdzano billingi ich połączeń. I wyszło z nich, że Cz. często dzwonił do S. Część z tych połączeń miała być tuż przed kontrolami w Edenie. Prokuratura uważa, że Cz. miał ostrzegać właściciela burdelu o policyjnych akcjach. Opiera się na zeznaniach jednego ze współpracowników Krzysztofa S., który opowiedział, jak jednego dnia policjanci zadzwonili do właściciela Edenu, mówiąc, że „jadą na kawę”.

Cz. zaprzecza, by ostrzegał właściciela Edenu. (…)

Więcej na kraków.gazeta.wyborcza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *