Hazardziści w sutannach

Ksiądz też człowiek, ma swoje słabości. Przypadłością, nierzadko spotykaną u kapłanów jest pociąg do hazardu.

O tym nie mówi się głośno – kuria woli te sprawy załatwiać dyskretnie, bez rozgłosu, czasem nawet zamiatać pod dywan. Co nie zmienia postaci rzeczy, że niemal w każdej diecezji zdarzają się przypadki księży – nałogowych hazardzistów, a biskupi mają z tym niemały kłopot.

Wśród osób stanu duchownego zamiłowanie do gry nie jest niczym nowym – już w XVIII w., gdy Polskę ogarnęło prawdziwe karciane szaleństwo, do najbardziej zagorzałych miłośników faraona, a potem wista, należeli właśnie liczni przedstawiciele kleru. Zwłaszcza ci wysoko postawieni w kościelnej hierarchii.

Książę Ignacy Massalski, biskup wileński, wsławił się tym, iż w 1773 r., grając w faraona, w ciągu kilku godzin przerżnął 20 tys. czerwonych złotych, co obecnie odpowiadałoby ok.70 kg złota najwyższej próby. Była to jedna z największych przegranych w epoce stanisławowskiej.

Całkiem inaczej poczynał sobie inny biskup, Józef Kossakowski, który był niezrównanym mistrzem w grze w wista. Wygrywał krocie, co jednak nie przeszkadzało mu jeszcze dorabiać sobie, pobierając regularnie żołd w przedstawicielstwie rosyjskim i wysługując się na wszelkie sposoby ambasadorom Katarzyny II. W czasie insurekcji kościuszkowskiej zawisł na latarni, ale do ostatnich dni grzesznego żywota chełpił się tym, że nikt nigdy nie ograł go w wista…

Do czego zdolni byli niektórzy hierarchowie ogarnięci żądzą hazardu świadczy przykład Andrzeja Młodziejowskiego, biskupa poznańskiego i kanclerza wielkiego koronnego. Była to wyjątkowa kreatura, nie tylko zdrajca i jurgieltnik, ale i zwykły złodziej, który po kasacie zakonu zagrabił jezuickie srebra, by prędko przegrać je w karty. Nie dość na tym – kiedy przegrał już wszystko, co ma jakąkolwiek wartość, a wciąż rwał się do gry, to potrafił wydłubywać drogie kamienie z monstrancji, kielichów itp. I stawiał je bez skrępowania.

The Card Players

Michał Sierakowski, biskup przemyski, zaprzysięgły karciarz, pewnego razu przegrał… insygnia godności biskupiej, czyli pastorał i infułę. Miał szczęście, że po jakimś czasie wykupiła je i zwróciła właścicielowi zaprzyjaźniona z nim hrabina Delfina Potocka.

Gdy nastała posępna noc rozbiorów, jakoś mniej słyszało się o karcianych ekscesach ludzi Kościoła. Co nie znaczy, że i wówczas nie zdarzały się przypadki księży – nałogowych graczy. Zwykle udawało się uniknąć rozgłosu, hazardzistę w sutannie przenosiło się gdzieś do odległej diecezji – i po sprawie. Podobną taktykę stosowano w dwudziestoleciu międzywojennym i wtedy też nie słyszało się o jakiś grubszych aferach karcianych z udziałem księży. No, może poza jednym wyjątkiem. Chodzi o poczynania księdza Anastazego Sadowskiego na Kaszubach, w diecezji pelplińskiej.

Parafianie ufundowali mu pomnik. Ma też szkołę swojego imienia, a w niej izbę pamięci. Ksiądz Sadowski kochał Boga i kochał Kaszuby. Niestety, kochał też hazard.

Położył niewątpliwie duże zasługi dla tego zabiedzonego regionu. Budował kościoły i kaplice, ale także uczył parafian nowoczesnego gospodarowania, m.in. sprowadzał sztuczne nawozy, a także nowe odmiany kartofli, zboża i nasion. Dobrobyt miejscowej ludności wzrastał, a ksiądz nauczył ludzi wkładać nadwyżki pieniędzy do banku. Konkretnie do Banku Ludowego, który założył w Wygodzie.
Toteż szok był niemały, gdy w latach 30-tych gruchnęła wieść, że czcigodny kapłan stanął przed sądem, oskarżony o „roztrwonienie oszczędności ludności kaszubskiej”.

Okazało się, że ten lubiany i ceniony ksiądz w bezprzykładny sposób przeputał 213 tys. 195 zł, co w owych czasach było ogromną sumą. A już szczególnie szokował ludzi fakt, że ksiądz Anastazy przepuścił te pieniądze w kasynach w Monte Carlo i w Sopocie! Zaś dla ukrycia malwersacji permanentnie fałszował księgowość w swym banku. Parafianom nawet do głowy nie przyszło, na co szły ich skrupulatnie składane pieniądze.

Proces trwał długo, wszak sprawa była mocno nietypowa. Ostatecznie ksiądz wymigał się od kary (dostał pięć lat w zawieszeniu). Objął inną parafię, sprawa powoli przycichła. W 1939 r. zamordowali go Niemcy.

A w naszych czasach nie ma takich utracjuszów w sutannach? Są. Oto ksiądz Franciszek A. z parafii św. Ducha w Łowiczu, stały bywalec kasyn w Warszawie i Łodzi, gdzie przepuszczał pieniądze wycyganione od parafian (a to na remont ołtarza, a to na konserwację organów itp.). W ciągu dwóch lat przegrał 180 tys. zł zebranych od ludzi, a prócz tego jeszcze 100 tys. zł kredytu zaciągniętego pod zastaw parafii. A potem uciekł zagranicę. Na szczęście opamiętał się, wrócił i dobrowolnie zgłosił do prokuratora…

Dużo złośliwych komentarzy pociągnęła za sobą przygoda księdza Franciszka L., proboszcza w jednej z wiosek niedaleko stolicy. Pewnego razu na plebanii grał z kolegami w pokera – i przegrał wszytko: najpierw pieniądze, a potem telewizor, aparat fotograficzny i nawet trzy butelki mszalnego wina. Chciał grać dalej, ale już nie miał za co. Wtedy jeden z graczy zaproponował, by zagrać o gospodynię księdza, 35-letnią Justynę. Proboszcz ogarnięty żądzą gry, wyraził zgodę. Justynę „wyceniono” na 100 tys. zł i gra ruszył od nowa. Niestety i tym razem szczęście nie dopisało księdzu i stracił fertyczną gosposię, a ponoć nie tylko gosposię…

Sprawa wyciekła do prasy, wybuchł skandal, podobno nawet wkroczył prokurator. No i oczywiście natychmiast interweniowała kuria – ksiądz Franciszek przestał być proboszczem i zesłano go gdzieś tak daleko, że słuch o nim zaginął…

Andrzej Klewszczyński

Tekst ukazał się w Magazynie E-PLAY 3/2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *