Legalny bandyta

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek (2 głosów, średnia: 5,00 z 5)
Rozmiar czcionki:
Print Friendly, PDF & Email

Po nowelizacji ustawy hazardowej wzrosły wpływy do budżetu z branży bukmacherskiej. Wkrótce na rynek wrócą automaty do gry.

W 2017 r. weszła w życie znowelizowana ustawa o grach hazardowych. Zlikwidowała ona szarą strefę oraz czarny rynek automatów i wprowadziła rejestr domen nielegalnych serwisów hazardowych. W ocenie skutków regulacji ustawy zakładano, że tylko w pierwszym okresie jej funkcjonowania do budżetu z całego rynku hazardowego trafi ok. 637 mln zł, w kolejnych już ponad 1,5 mld zł. Docelowo ma ona przynosić 2,3 mld zł rocznie.

Po nowelizacji obroty legalnych bukmacherów, działających w Polsce w 2017 r., wzrosły do ok. 3,3 mld zł (w porównaniu z 1,7 mld zł rok wcześniej). Wzrosły też wpływy do budżetu. Ministerstwo Finansów szacuje, że na koniec listopada 2017 r. wyniosły one 1,47 mld zł – to tyle samo, ile przez cały 2016 r. Oznacza to, że założenia ministerstwa, jeśli chodzi o wpływy z branży, zostaną wykonane.

Sami bukmacherzy, jak np. Mateusz Juroszek, prezes STS, największej w Polsce firmy branży, twierdzi, że ustawa uporządkowała rynek i wsparła budżet państwa. Według niego obroty jego firmy wzrosły o 110 proc.

Razem z rynkiem rósł też państwowy Totalizator Sportowy, który w 2017 r. miał rekordowy wynik sprzedaży – ponad 5,64 mld zł i, co za tym idzie, wpłacił największą w swojej historii daninę do budżetu państwa.

Wpływy budżetowe wzrosną jeszcze bardziej, gdy działalność rozpoczną salony z automatami do gier, prowadzone przez Totalizator Sportowy. Zgodnie z zapisami ustawy hazardowej to właśnie ta spółka otrzymała monopol na funkcjonowanie tego typu lokali. Spółka zapowiada, że pod koniec kwartału zamierza otworzyć pierwszy punkt z automatami do gry, a w kolejnym uruchomi kasyno internetowe. Pytanie tylko, ile można zarobić na automatach i jakie wpływy przyniesie to budżetowi. W 2009 r., który był szczytowym momentem dla polskiej branży automatów do gier o niskich wygranych (czyli takich, gdzie jednorazowa wygrana nie mogła przekraczać 60 zł), działało w Polsce aż 53 tys. automatów poza kasynami oraz 7,6 tys. maszyn w salonach. Resort finansów szacował wówczas, że cały rynek wart jest ok. 14 mld zł, a zapłacony podatek wyniósł 727 mln zł.

Tyle że szacunki Ministerstwa Finansów nie brały pod uwagę tego, w jaki sposób klienci obracają gotówką podczas gry na automatach. Osoba grająca całą noc czasami zainwestowane w maszynę pieniądze wygrywa. Grając dalej, jeszcze raz obraca tą samą gotówką. W ten sposób obrót jest sztucznie zawyżany, a realna wartość wprowadzonych do obiegu pieniędzy jest zdecydowanie mniejsza. Sama wartość przychodu może stanowić jedynie punkt wyjściowy do oszacowania realnej wartości rynku. Niezbędny do tego jest parametr charakterystyczny, czyli przelicznik oparty na stylu gry hazardzistów z danego regionu czy miasta. Upraszczając – chodzi głównie o skłonność do częstego wypłacania wygranej.

W latach funkcjonowania legalnych salonów gier z automatami szacowano, że wartość realnie wypłaconej gotówki jest ośmiokrotnie niższa niż wykazywany przychód z gry. A to oznacza, że wpływy z sektora były przeszacowane aż ośmiokrotnie! Realna wartość rynku jednorękich bandytów u szczytu ich popularności wynosiła więc zaledwie 1,75 mld zł.

BRANŻA POSZŁA NA DZIKO

Rząd Donalda Tuska, chcąc ratować nadszarpnięty wizerunek, zdecydował się na błyskawiczne wprowadzenie ustawy o grach hazardowych. Jej zapisy w praktyce zdelegalizowały automaty do gier.

Ustawa z 2009 r. została wprowadzona w pośpiechu. Na przestrzeni miesiąca zdelegalizowano działalność w zakresie urządzania gier poza kasynami – opowiada o tamtych czasach Jarosław Zieliński, były prezes firmy Fortuna sp. z o.o., która była jednym z liderów rynku automatów do gier w Polsce. – Tamte regulacje przewidywały, że spółki mające zezwolenia na urządzanie gier na automatach mogą kontynuować działalność na dotychczasowych zasadach aż do zakończenia zezwoleń – tłumaczy.

Ostatnie zezwolenia kończyły się w 2015 r. I to właśnie wtedy śmiercią naturalną umarła cała branża. Nie umarł za to sam pociąg do hazardu w Polsce. Automaty przeniosły się do podziemia. Wtedy branża przestała być szacowana w ogóle, a wszystkie zyski z gier, zamiast do budżetu, trafiały do szarej strefy. Strata była naprawdę duża – sama tylko Fortuna przed 2015 r. płaciła podatki na poziomie 80 mln zł rocznie i zatrudniała kilkaset osób.

W kwietniu 2017 r. weszła w życie nowelizacja ustawy hazardowej przygotowana przez rząd PiS. Dawała ona monopol na prowadzenie działalności związanej z automatami do gier poza kasynami dla totalizatora. Żeby nie było jednak tak różowo, nałożyły one też na organizatora wiele obostrzeń. Są to tzw. zaawansowane mechanizmy odpowiedzialnej gry. Na czym one polegają? Według ustawodawcy mają minimalizować skutki hazardowego nałogu. Oznacza to, że klient musi być pełnoletni, dodatkowo za pierwszym razem, gdy potencjalny gracz pojawi się w salonie, będzie musiał sam zadeklarować, ile godzin chce poświęcić na grę i jakie pieniądze chce na ową grę przeznaczyć. System zarządzający automatami będzie pilnował, by gracz nie przekraczał swoich deklaracji. Ich zmiana w praktyce będzie podlegała regulaminowym ograniczeniom.

TYLKO W METROPOLIACH?

Wymogiem ustawy jest też ograniczenie maksymalnej liczby maszyn w Polsce. Na każdy tysiąc mieszkańców będzie mógł działać jeden automat, maksymalnie więc w Polsce uruchomionych zostanie ok. 38,5 tys. automatów. Może to spowodować, że salony gier staną się nieopłacalne w małych miejscowościach. Bo oprócz powyższych obostrzeń totalizator ma też w obowiązku objęcie placówki monitoringiem oraz przechowywanie nagrań do czterech lat wstecz. A więc koszty utrzymania salonu z 30 maszynami i całym systemem monitorowania będą bardzo zbliżone do tego, gdzie stoją tylko trzy, też monitorowane, ale generujące przychody 10 razy mniejsze.

Ograniczenia związane z liczbą mieszkańców spowodują również, że w potencjalnych „żyłach złota” nie będzie się dało zainwestować w dużą liczbę automatów. Bo turystyczny Sopot, do którego w zeszłym roku przyjechało ok. 1 mln turystów, sam liczy mniej niż 40 tys. mieszkańców. Nie mówiąc już o Zakopanem, które nie ma nawet 30 tys. mieszkańców.

Całość czytaj na: wprost.pl


Otagowano jako

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *