Lotto – nasz narodowy hazard

Trudno spotkać kogoś, kto przynajmniej raz nie uległ pokusie i nie obstawił kuponu lotto z nadzieją, że wkrótce dołączy do grona milionerów. Bo przecież „moje numerki muszą paść”. Złudne nadzieje rozwiewają się prędzej czy później.

Ale bakcyl gry został połknięty. Z oferty totalizatora korzysta regularnie lub sporadycznie prawie 60 proc. Polaków. Dla naszych rodaków to na pewno najpopularniejsza forma uprawiania hazardu.

Totalizator Sportowy powstał na fali gomułkowskiej odwilży w drugiej połowie lat 50-tych. Pierwsza kolektura – w Warszawie – zaczęła przyjmować zakłady w 1957 r. Dziś mamy w kraju ok.10 tys. kolektur i żadna z nich raczej nie cierpi na brak klientów.

Na początku gra nazywała się Toto-Lotek. We wrześniu 1975 r. zmieniła nazwę na Duży Lotek. Natomiast od 10 lat mamy w to miejsce lotto. Zdecydowano się na tą zmianę ze względu na to, że w innych krajach europejskich używana jest taka właśnie nazwa. Ale lotek czy lotto, ciągle jest to ta sama gra.
Początki nie były łatwe, bo przez pierwsze lata trwała zażarta walka o miejsce na rynku – konkurencję stanowiły regionalne gry liczbowe. Każde województwo miało „swoją” grę; w Warszawie była to „Syrenka”, w Krakowie „Lajkonik”, w Poznaniu „Koziołki”, w Katowicach „Karolinka” itd. Dochody z tego tytułu zasilały miejscowe budżety, nic więc dziwnego, że nową grę o ogólnopolskim zasięgu przyjęto niechętnie, wręcz wrogo. W marcu 1958 r. doszło do tego, że rada narodowa w Katowicach przyjęła uchwałę o usunięciu z miasta wszystkich punktów totka. Wybuchł skandal, interweniowała Warszawa i po kilku dniach kioski z napisem Toto-Lotek powróciły do Katowic.

Od połowy lat 60-tych totek już wyraźnie zdominował rynek gier liczbowych. Graczy przyciągał przede wszystkim wysokością wygranych, nieporównanie wyższych niż np. w „Syrence” czy w dolnośląskiej „Liczyrzepce”. Ówczesna główna wygrana – milion złotych – pobudzała wyobraźnię Polaków. Dziś, gdy już nie ma górnego limitu wygranej, najwięcej osób obstawia zakłady w dniach wielokrotnej kumulacji, gdy w puli są miliony.

Wielu graczy wierzy, że jeśli będzie się grać dostatecznie długo i konsekwentnie, to w końcu trafi się upragnioną „szóstkę”. Nie przyjmują do wiadomości wyliczeń matematyków, że prawdopodobieństwo trafienia głównej wygranej wynosi 1/ 13 983 816, czyli prawie 14 mln. Szanse trafnego wytypowania „szóstki” są więc znikome. A jednak 25 lat temu zdarzyło się, że jednego dnia główną wygraną trafiło równocześnie aż 80 osób! Ten przypadek przeszedł do legendy, a to za sprawą jednego z wygranych, który postanowił oblać sukces i na sute przyjęcie zaprosił całą wieś. Dopiero gdy przyszło zrealizować kupon, wyszło na jaw, że ów milioner in spe musi podzielić się wygraną z 80 osobami i w rezultacie zainkasował tylko 70 mln starych złotych, czyli 7 tys. obecnych. Nie wystarczyło to na pokrycie długów, więc musiał wkroczyć komornik i zlicytować ciągnik…

O złudnym szczęściu mogli też mówić gracze, którzy obstawili kupony 3 lutego 1996 r. – padło aż 15 „szóstek” i zwycięzcy musieli zadowolić się kwotą 100 tys. zł. Miesiąc później trafiła się druga najniższa „szóstka” w historii – 12 osób wygrało wówczas po 116,7 tys.zł.
To najniższe wygrane, a te najwyższe?
Rekord dzierży mieszkaniec Skrzyszowa, który 16 marca 2017 r. stał się bogatszy o 36,7 mln zł. Grał metodą „na chybił trafił”. (Okazuje się, że ta metoda, choć dość nieufnie traktowana przez wielu graczy, jest o 60 proc. bardziej skuteczna w skreślaniu głównych wygranych).

Uprzednio najwyższa wygrana – 35,2 mln zł – padła w Ziębicach w 2015 r., a wcześniej w Gdyni w 2012 r. – 33,8 mln zł oraz w Bolesławcu, również w 2012 r. – 31 mln zł.

Aż dwadzieścia razy zdarzały się kumulacje, których wartość przekraczała 30 mln zł. Najwyższa – 59 mln zł – miała miejsce w maju 2016 r. Zanosiło się na rekordową wygraną, jednak „szóstkę” trafiło trzech graczy, którzy podzielili się pieniędzmi.
Historia totka i lotto obfituje w dziwne przypadki. Np. w 1995 r. pewien mieszkaniec Olsztyna trafił dwukrotnie „szóstkę” w odstępie dwóch tygodni. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co wydarzyło się w norweskim lotto, gdzie „szóstkę” trafił najpierw ojciec, potem córka i na koniec syn. Fartowna rodzinka, nie ma co…

Przez 62 lata istnienia w Polsce Toto- Lotka, potem Dużego Lotka i wreszcie lotta nigdy nie zdarzyło się, by padły dwa razy te same liczby. A w Bułgarii i owszem – coś takiego miało miejsce i to tydzień po tygodniu. Podejrzewano jakiś wielki szwindel, ale śledztwo nic nie wykazało, więc uznano to za zrządzenie losu.

W historii naszego totalizatora dwukrotnie doszło do sytuacji, gdy nikt nie zgłosił się po wielomilionową wygraną – raz w Wejherowie, gdzie do odbioru było 11,8 mln zł, a drugi raz w Chojnicach, gdzie nikt nie odebrał 17 mln zł.

Andrzej Klewszczyński – Magazyn E-PLAY 4/2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *