Na tronie i przy stoliku

Mieli wszystko, o czym można zamarzyć, ale chcieli mieć jeszcze więcej. A może nie była to zwykła pazerność, lecz chęć odczuwania tych niezwykłych emocji, jakie daje gra? Faktem jest, że wśród władców tego świata nie brakowało zapalonych graczy, gotowych postawić na kartę czy rzut kości dosłownie wszystko.

Z przekazów historycznych wiadomo, że w każdej epoce trafiały się koronowane głowy ulegające demonowi hazardu. Poczynając od starożytności.

Namiętnie grał w kości Juliusz Cezar (100 – 44 r. p. n. e.). Może właśnie dlatego przekraczając Rubikon użył przenośni mówiąc: „Kości zostały rzucone”. Także jego następcy, cesarze rzymscy nie stronili od gry. Kaligula (10 r. p.n.e. – 41 r. n.e.) podobno grał fałszywymi kośćmi; nawet na pogrzebie własnej siostry zdarzyło mu się rozegrać partyjkę. Z kolei Klaudiusz (10 r. p.n.e. – 54 n.e.) kazał zrobić specjalny stół wstawiany do karety, by móc grać w czasie podróży. Obstawiał też wyścigi rydwanów i to z powodzeniem. Również Neron (37 – 68 n.e) lubił grać, ale wręcz patologicznie nie znosił przegrywać i zdarzało się, że tych nieszczęśników, którym udało się go pokonać skazywał na śmierć lub na banicję, a ich dobra konfiskował. Nic więc dziwnego, że po pewnym czasie w otoczeniu Nerona nie było już nikogo, kto ośmieliłby się z nim wygrać…

Także w czasach nowożytnych nie brakowało władców uwielbiających hazard. Na co dzień grywali z wielmożami, z dostojnikami Kościoła, z dworzanami, ale niekiedy zdarzały się też zacięte boje przy stoliku z zaprzyjaźnionymi monarchami i wtedy stawka bywała całkiem nietypowa. Tak np. gdy w 1020 r. doszło do spotkania króla Norwegii Olafa II Świętego z królem Szwecji Olafem Skotkonungiem wszczęto spór o to, do którego kraju należeć ma przygraniczny powiat Hising. Ponieważ obaj królowie nie mogli ani rusz dogadać się w tej kwestii, postanowili rzecz rozstrzygnąć zasiadając do gry w kości. Szczęście sprzyjało Olafowi Świętemu i w ten sposób powiat Hising – przedmiot sporu – przypadł Norwegii.

Jeszcze oryginalniej poczynał sobie angielski król Henryk VIII Tudor (1509 – 1547) – to ten, który miał sześć żon, z czego dwie posłał na szafot. Otóż ów król gustował w kobietach, ale kochał także hazard. Niestety, tak jak w małżeństwach nie miał szczęścia, tak i w grze również. I pewnego razu doszło do tego, że przegrał… wielki dzwon z anglikańskiej katedry św. Pawła w Londynie. Mógł nim dysponować, bo wszak po ostrej kłótni z papieżem zerwał z Rzymem i mianował się głową kościoła anglikańskiego, więc można powiedzieć, że grał za swoje…

Królowie angielscy zawsze mieli pociąg do hazardu. Słynny Ryszard Lwie Serce (1157 – 1199) namiętnie grał w kości i podobno przy stole sprawował się równie dzielni jak na polu bitwy. Młodszy o pięć wieków Jerzy I Hanowerski (1660 – 1727) na grę poświęcał więcej czasu niż na polowania, co bardzo gorszyło angielskich szlachciców, zamiłowanych myśliwych. W czasach nam bliższych, na przełomie XIX i XX w., książę Walii, późniejszy Edward VII (1841 – 1910) był stałym bywalcem w kasynie w Monte Carlo, gdzie zasłużył sobie na miano birbanta i utracjusza. Gdy wstąpił na tron, już jako starszy pan, zdecydował się zerwać z hazardem i wytrwał w tym postanowieniu do śmierci.

Namiętnym karciarzem był król francuski Ludwik XIII Burbon (1601 – 1643). Odznaczał się on chorobliwym skąpstwem i zapewne dlatego stosował prostą taktykę: grał tylko do momentu, gdy wygrywał, a gdy czuł, że szczęście zaczyna się odwracać, wstawał od stolika, chował pieniądze do kieszeni, po czym wzywał któregoś z dworzan i mówił: „Mój panie, wzywają mnie pilne sprawy państwowe, proszę, byś zajął moje miejsce. I jeszcze jedno – miałem na stole 24 luidory, więc wyłóż tę samą sumę, aby ci, co przegrali nie czuli się pokrzywdzeni i mogli się odegrać…”

I na koniec wspomnijmy najsłynniejszego francuskiego władcę, Napoleona Bonaparte (1769 – 1821). Nazywany „bogiem wojny”, lubił powalczyć też przy zielonym stoliku, a jego ulubioną grą był vingt-un. Zapyta ktoś: ki-diabeł? Otóż znamy wszyscy tę grę, dobrze znamy. Wszak to nasze popularne oczko…

Andrzej Klewszczyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *