Prezydencki poker

1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek (1 głosów, średnia: 5,00 z 5)
Rozmiar czcionki:
Print Friendly, PDF & Email

O prezydentach Stanów Zjednoczonych mówi się, że to najbardziej zapracowani ludzie na świecie. Ale nawet oni potrafili wykroić trochę czasu na ulubione rozrywki. Dla wielu z nich taką rozrywką była gra w karty, a także wyścigi konne, wyścigi psów i bilard. Oczywiście na pieniądze, wszak to Ameryka…

Pierwszy amerykański prezydent, George Washington (1789-1797) pasjonował się wyścigami konnymi, sporo czasu spędzał przy stole bilardowym, a nade wszystko lubił grać w karty, zarówno na wysokie, jak i na nieduże stawki. Zaś jako człowiek skrupulatny, starannie zapisywał w specjalnym kajecie wszystkie wygrane i przegrane. Dla osoby tak bogatej, jak Washington, pieniądze zdobyte bądź stracone przy zielonym stoliku nie miały większego znaczenia, w każdym razie warto odnotować, że bilans rozgrywek był dodatni.


Późniejsi prezydenci amerykańscy – John Adams, Thomas Jefferson, James Madison – raczej stronili od gier hazardowych. W ich ślady nie poszedł Andrew Jackson (1829-1837). Ten mający opinię najbardziej wojowniczego prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych (walczył z Anglikami, ścigał Indian, pojedynkował się, bił na pięści itp.) uwielbiał wszelkie formy hazardu jak i wszystko, co podnosiło poziom adrenaliny. Jackson pasjonował się wyścigami konnymi, obstawiał walki kogutów i namiętnie grał w karty. Zdecydowanie najwięcej zarabiał na koniach. Jeszcze przed okresem prezydentury został właścicielem toru wyścigowego, organizował gonitwy i przyjmował zakłady nawet po 5 tys. dolarów, co w owych czasach stanowiło fortunę.

Później, już jako prezydent USA, często pojawiał się na torze wyścigowym National Course w pobliżu Waszyngtonu. Trzymał własne konie wyścigowe w stajniach Białego Domu i puszczał je na okolicznych torach, przeważnie z dużym powodzeniem. Bulwersowało to amerykański high life, ale prezydent nic sobie z tego nie robił.

Warren Harding (1921-1923) w opinii wielu historyków uchodzi za najgorszego prezydenta Stanów Zjednoczonych – jako zdeklarowany leń i hulaka. Skłonność do hazardu przejawiał od wczesnej młodości. W miasteczku Marion w Ohio, gdzie mieszkał, kupił miejscową gazetę, ale praca wydawcy prędko go znudziła i kierowanie redakcją powierzył żonie, a sam w tym czasie… ukradkiem grał z pracownikami w pokera, ogrywając ich bezlitośnie. Gdy zaś nie mieli z czego spłacić mu długów, za plecami żony dawał im podwyżki… Kiedy zaczął robić karierę polityczną, także nie rozstawał się z kartami. W Waszyngtonie grywał głównie w pokera, tym razem ogrywając senatorów i członków Izby Reprezentantów.

Potem, już jako prezydent, w Białym Domu organizował przynajmniej raz w tygodniu pokerowe spotkania, w których uczestniczyli również członkowie gabinetu. Nieprzypadkowo rząd Hardinga nazywano „pokerowym gabinetem”. Gwoli prawdy, grywano tam również w brydża, ale znacznie rzadziej.

Tak jak Harding uchodzi za najgorszego prezydenta, tak Franklin Delano Roosevelt (1933-1945) cieszy się opinią jednego z najlepszych w dziejach Ameryki. Wspomnianych panów różniło właściwie wszystko, ale z jednym wyjątkiem: obaj lubili grać w pokera. Przy czym Harding grał nałogowo i hazardowo, a Roosevelt rozważnie i na niskie stawki.

Natomiast jego następca, Harry Truman (1945-1953) kochał dwie rzeczy: pianino i karty. Gdzie tylko dostrzegł instrument, rzucał się do klawiatury i dawał bezpłatny koncert. W równym stopniu uwielbiał grę w pokera – gdziekolwiek by był, widząc siedzących przy stoliku graczy, choć nieproszony, natychmiast przyłączał się do nich. Regularnie organizował też partyjkę pokera w Białym Domu. Gdy w 1946 r. przybył do Ameryki Winston Churchill, prezydent Truman zaprosił go na pokera i ograł do suchej nitki. Jego żona Bess wolała brydża – co wtorek zapraszała przyjaciółki do Białego Domu na „roberka”.

Dwight Eisenhower (1953-1961) nauczył się grać w brydża i w pokera, gdy studiował w prestiżowej akademii wojskowej w West Point. Już jako prezydent zrezygnował z pokera, natomiast w brydża grał często i z prawdziwym zaangażowaniem. Mówiło się nawet, że przy stoliku brydżowym spędza więcej czasu niż przy biurku w Gabinecie Owalnym – ale to było nic innego jak plotki rozsiewane przez ludzi mu niechętnych.

Richard Nixon (1969-1974) w czasie wojny służył w marynarce wojennej i to wtedy poznał tajniki pokera. Musiał być pojętnym uczniem, bo jak pisze w swoich pamiętnikach, już wkrótce potem ogrywał kolegów bez większych skrupułów. Już nigdy nie pozbył się bakcyla pokerowego – grał regularnie i na coraz wyższe stawki. Krążyła pogłoska, iż swą pierwszą kampanię wyborczą, gdy ubiegał się o fotel w Izbie Reprezentantów, sfinansował właśnie z wygranych w pokera.

Ronald Reagan (1981-1989) w jednym z wywiadów wyznał: „Gram w brydża poprawnie”, ale bynajmniej nie twierdził, że to jego hobby. I słusznie, bo wszyscy wiedzieli, że nie karty są jego największą pasją, lecz oglądanie starych filmów.
Byli też prezydenci, którzy nie tylko nie grali, ale wręcz nie znosili kart. Do takich należeli m.in. Thomas Jefferson, James Buchanan i Abraham Lincoln. John Fitzgerald Kennedy też nie lubił kart – wolał kobiety (…)

Andrzej Klewczyński

Całość czytaj TUTAJ


Otagowano jako

2 Komentarze

  1. gondek Odpowiedz

    Pamietajcie jak macie sprawe za automaty to zadajcie obecnosci prezesa fimy, jesli sie zgodzicie to poplyniecie jako slupy a prezes bedzie mial umorzone. I bedzie mial w dupie oddac wasze kary

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *