„Przez pandemię straciłem kilkadziesiąt milionów złotych”

Mateusz Juroszek

Przez całkowite zamrożenie rozgrywek sportowych Mateusz Juroszek stracił kilkadziesiąt milionów złotych. – Powiedziałem żonie i ruszyliśmy dalej – mówi money.pl prezes STS Zakładów Bukmacherskich. Zdradza również, że z powrotu futbolu najbardziej ucieszył się… jego ojciec.

Jakub Ceglarz, money.pl: Kto się bardziej ucieszył z powrotu futbolu – piłkarze, kibice czy zakłady bukmacherskie?

Mateusz Juroszek, prezes STS Zakładów Bukmacherskich: Mój ojciec.

Jako kibic czy jako człowiek biznesu?

Przede wszystkim jako dziadek i ojciec. W weekend rodzice przyjechali do nas do domu, bo przez kilka miesięcy nie widzieli wnuków. Spędziliśmy razem cały weekend.

Przed włączonym telewizorem?

Rozmawialiśmy, piliśmy wino i oglądaliśmy wszystkie mecze, które były w telewizji. Ojciec prowadzi gigantyczne przedsięwzięcia w różnych częściach Europy, zarządza dużymi funduszami. A i tak od kilku tygodni powtarzał: kryzys kryzysem, ale mi to i tak najbardziej brakuje meczów. Oczywiście pół żartem, pół serio.

Ale tak całkiem serio, to widać u władz państwowych i piłkarskich pewien pośpiech w powrocie do grania.

To rzeczywiście pewien fenomen. Ale pokazuje jednocześnie, że sport pełni też bardzo ważną funkcję społeczną. To symbol powrotu do pewnej normalności. I to mimo faktu, że dla nas ten lockdown nie był aż tak dotkliwy, jak w krajach zachodnich.

Ojciec cieszył się z powrotu do grania. A wasze portfele? Brak sportu to dla STS w dużej mierze brak zarobku. Niedawno mówił pan w Wirtualnej Polsce o spadkach na poziomie 50 proc. Widać odwrócenie trendu?

Po kolei. Gdy zaczynał się lockdown, to widzieliśmy spadki niemal od razu. Na początku do 70 proc. poziomów sprzed epidemii. A gdy przestała grać Rosja czy Turcja, to przychody obniżyły się do 50 proc.

Niby wiedzieliśmy, że to tymczasowe, ale w kwietniu obroty dalej leciały w dół do ok. 40 proc. No bo ile można obstawiać ligę białoruską czy turnieje tenisa stołowego w Rosji? Na dodatek można już było wychodzić z domu, pogoda sprzyjała spacerom. Dla naszego biznesu to nie oznaczało nic dobrego.

Pierwsze pozytywne sygnały zaobserwowaliśmy, gdy wróciła do grania Korea czy Tajwan, ale przełomem była Bundesliga. Wtedy dzienne przychody wróciły do 60 proc., a w ostatni weekend do 80 proc. normalnej soboty z czasów przed pandemią.

Wychodzi na to, że Ekstraklasa wyciąga was na powierzchnię i że „koszula bliższa ciału”. Polacy jednak kochają naszą piłkę, mimo że często się z niej śmieją?

Myślę, że idzie pan trochę za daleko w tym wnioskowaniu. Nie zapominajmy, że grały jeszcze Niemcy, Czechy czy Dania. Poza tym, dla przeciętnego Polaka liczy się w pierwszej kolejności 5-6 największych lig w Europie.

Oczywiście polska liga również jest popularna, ale w ubiegłym roku to była druga połowa pierwszej dziesiątki pod tym względem. Gdyby zamiast Ekstraklasy w ubiegły weekend grała liga hiszpańska, to obroty byłyby pewnie jeszcze większe. Bo mielibyśmy Real Madryt i FC Barcelonę.

Polacy wolą „pewniaki”?

Zdecydowanie. Gracz w Polsce stawia na Real, Barcelonę, Bayern Monachium czy Manchester City. Tam są największe szanse na wygraną.

A w Ekstraklasie? Nasza liga jest tak nieprzewidywalna, że tak naprawdę nie ma pewniaków. Może Legia, ale ostatni sezon i tytuł dla Piasta Gliwice pokazał, że też nie zawsze. To już nie są te czasy, gdy Wisła Kraków wygrywała ligę z 20 punktami przewagi nad wicemistrzem.

Całość czytaj na: money.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *