Święty nie święty, ale grać to trzeba umieć

Osoba uznana za świętą zwykle nie kojarzy się z hazardem. No bo jakże to – tu natchnione oblicze i oczy wzniesione ku niebu, a tam pełne rozpasanie przy grze w kości lub w karty?

Powiedzmy sobie otwarcie: święci byli takimi samymi ludźmi jak my. Zanim odnaleźli swą drogę do Boga, doświadczali tych samych przeżyć i słabości, co zwykli śmiertelnicy, w myśl łacińskiej maksymy: „Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce”. Zatem nic dziwnego, że niektórzy z nich za młodu przejawiali rozbuchaną skłonność do hazardu. Z sideł nałogu wyzwolili się dopiero wówczas, gdy spłynęła na nich łaska nawrócenia i przeżyli głęboką przemianę duchową.

Spośród tych świętych, którzy zasłynęli jako miłośnicy gier hazardowych, na szczególną uwagę zasługują: Ignacy Loyola, Jan Boży i Kamil de Lellis. Łączy ich jedno – każdy z nich, gdy już odżegnał się od grzechów młodości i wkroczył na drogę do świętości, dał temu wyraz zakładając zakon, który prędko zdobył renomę w katolickim świecie. Notabene te zakony istnieją i sprawnie funkcjonują po dziś dzień.

Święty Ignacy Loyola (1491-1556) urodził się na pograniczu Francji i Hiszpanii w królestwie Nawarra w możnej rodzinie szlacheckiej. Był najmłodszym z trzynaściorga dzieci. Jego starsi bracia parali się rzemiosłem rycerskim i Ignacy także zdecydował się obrać tę drogę. Miał opinię zabijaki, kobieciarza i pijusa, ale także znakomitego żołnierza. Korzystał, ile sił, z uroków życia, a wśród przyjemności żołnierskiego bytowania, nie zabrakło hazardu. Przyszły święty namiętnie grał w kości (rzadziej w karty) i podobno szczęście mu sprzyjało. W każdym razie nie nadwerężył ojcowskiej fortuny, a to oznacza, że nie dźwigał bagażu długów.

Wiele lat później sekretarz Loyoli opisując jego młodość, stwierdził bez ogródek, iż w tym czasie „był uzależniony od hazardu i rozwiązły w kontaktach z kobietami”. To świadectwo jednoznacznie zadaje kłam późniejszym hagiograficznym opiniom, w myśl których Ignacy na każdym etapie swego życia był oddany wyłącznie sprawom szerzenia wiary. A w rzeczywistości jego droga do świętości była długa i kręta. Przełom nastąpił w trzydziestym roku życia, gdy w czasie oblężenia Pampeluny kula armatnie zmiażdżyła mu kolano. Podczas długiej rekonwalescencji chciał zabić nudę czytaniem i wówczas do jego rąk trafiły dwie księgi: „Żywot Jezusa” i „Żywoty świętych”. Wywarły na nim ogromne wrażenie. Gdy noga wydobrzała, udał się do benedyktyńskiego klasztoru i tam zawiesił przed ołtarzem miecz oraz sztylet, bogate szaty zamienił na zgrzebne odzienie i rozpoczął pokutę.

Zaczyna uzupełniać swą edukację – studiuje w Barcelonie, Alkali i Salamance, a na koniec na paryskiej Sorbonie. Podczas studiów we Francji zaprzyjaźnił się z kilkoma młodzieńcami i nakłonił ich, by wraz z nim udali się do Rzymu. Razem przedstawili papieżowi Pawłowi III projekt powołania Towarzystwa Jezusowego, które wkrótce potem przerodziło się w zakon jezuitów. Pierwszym generałem nowego zakonu został Ignacy Loyola i piastował to stanowisko do śmierci. Zakon błyskawicznie rozszerzał swe wpływy w Europie i w Ameryce Południowej. Kiedy Loyola umierał, jego stowarzyszenie liczyło 1000 członków i miało 100 domów zakonnych. Z biegiem lat zakon jezuitów stał się prawdziwą potęgą. I dziś ma znaczne, choć nie do końca rozpoznane wpływy. Wystarczy powiedzieć, że jezuitą jest obecny papież Franciszek.

Święty Jan Boży (1495-1550) to jedna z czołowych postaci religijnych XVI-wiecznej Hiszpanii, gdzie spędził większość życia. W rzeczywistości nazywał się Jan Ciudade i pochodził z Portugalii.

O jego dzieciństwie i wieku młodzieńczym niewiele wiadomo. Podobno jako ośmioletni chłopczyk został uprowadzony przez nieznajomego księdza i przekazany pewnej bezdzietnej rodzinie, u której znalazł nowy dom. Przybrani rodzice otoczyli go miłością, ale chłopca coraz mocniej ciągnęło w świat. Jeszcze nie osiągnął wieku dojrzałego, gdy zdecydował zaciągnąć się do wojska. Prędko przyswoił sobie obozowe nawyki: pijaństwo, bijatyki, rozpustę. Nie mogło tu też zabraknąć hazardu. Stał się nałogowym karciarzem i oddawał się grze z pasją, jaka cechowała jego wszelkie poczynania. Nie zachowały się żadne przekazy, które mówiłyby, czy był szczęśliwym graczem, czy wręcz przeciwnie. Chyba jednak to drugie, skoro wiele lat później Jan Ciudade wyznał przyjacielowi, że pewnego razu przegrał w jeden wieczór cały półroczny żołd. To już nie wypadek przy pracy, to prawdziwa klęska!

Opisując młodość św. Jana Bożego, pewien mnich wyraził to w bardzo dyplomatyczny sposób: „Jego życie w tym okresie było bardzo dalekie od doskonałości chrześcijańskiej”. Ciekawe, czy również miał na myśli nałogowe uprawianie hazardu? Nie wiadomo, kiedy w hulace i karciarzu nastąpiła przemiana duchowa. Być może nastąpiło to w Granadzie, gdzie przyszłego świętego z bliżej niejasnych powodów zamknięto w szpitalu psychiatrycznym. Gdy opuścił jego złowrogie mury, postanowił zająć się pielęgnowaniem chorych, starych i bezdomnych. Wynajął mieszkanie i zamienił je w szpital dla biedaków. Początkowo wszystko robił sam: prał, gotował, sprzątał, zmieniał opatrunki. Z czasem pozyskał współpracowników i tak powstały zaczątki zakonu szpitalnego zwanego „dobrzy bracia” czyli bonifratrzy. Dziś ten zakon aktywnie działa w wielu krajach, m.in. także w Polsce.

Święty Kamil de Lellis (1550-1614) urodził się w małej mieścinie niedaleko Neapolu. Ojciec był najemnym żołnierzem, hulaką i utracjuszem. Syn szybko poszedł w jego ślady. Gdy miał 17 lat opuścił rodzinny dom i wyruszył do ojca, by wraz z nim walczyć u boku wenecjan z Turkami.
W obozie wojskowym Kamil poczuł się jak ryba w wodzie. Wysoki, silny, porywczy i brutalny, dobrze radził sobie w gromadzie rozpasanych żołdaków. Właśnie tu objawiła się jego skłonność do hazardu. Ojciec nauczył go grać w karty i w kości, a ponadto – umiejętnie oszukiwać. Obaj trudnili się szulerką bardziej niż wojaczką, a pieniądze zdobyte w ten sposób szybko przepuszczali. Duet panów de Lellis funkcjonował bezbłędnie aż do chwili, gdy ojca niespodziewanie dopadła choroba i pożegnał się z tym światem.

Dla Kamila był to ciężki cios. Postanowił zmienić swe życie i w tym celu udał się do klasztoru, pragnąc zostać zakonnikiem. Nawet rozpoczął już nowicjat, ale znów dał znać o sobie karciany nałóg, a gdy przyłapano go na grze o pieniądze, musiał opuścić klasztor. Na krótko wrócił do wojska; skierowany na front, dorobił się, oprócz żołdu, ciężkiej rany w nodze, która nie chciała się goić. Rozstał się więc z armią i udał do Rzymu, gdzie w szpitalu San Giacomo najpierw przeszedł kurację, a potem zatrudnił się jako służący. Niestety, nie wytrzymał długo bez kart i kości i zaczął grać z pacjentami, ogrywając ich bez litości. Kiedy zaś wyszło na jaw, że jest oszustem, musiał ratować się ucieczką.

I znów schronienie znalazł w wojsku – przez następne dwa lata walczył w Chorwacji, Macedonii i północnej Afryce. Wrócił do Rzymu z pokaźną sumą pieniędzy, ale w przeciągu kilku tygodni przegrał wszystko co do grosza. Widać trafił na szulerów lepszych od siebie… Był tak spłukany, że musiał żebrać, aby przeżyć. Potem zatrudnił się jako pomocnik murarza. Ale i tu nie wytrwał długo – zaczął grać w kości z przypadkowymi kompanami, co nie obeszło się bez gorszących burd.

Przełom nastąpił w chwili, gdy Kamil znalazł się w Manfredonii w klasztorze San Giovanni Rotondo.
Poznał reguły zakonne, praktyki mnichów i rozpoczął pokutę. W kilka miesięcy później otrzymał święcenia. Postanowił służyć pomocą biednym i chorym. Przeniósł się do Rzymu, gdzie założył Zakon Kleryków Regularnych Posługujących Chorym. Bracia nazwali się kamilianami, a ich znakiem rozpoznawczym jest czerwony krzyż na habicie. Gdy Kamil de Lellis umierał, istniało już kilkanaście szpitali prowadzonych przez kamilianów. Obecnie zakon działa w ponad 30 krajach.

Andrzej Klewszczyński

Artykuł ukazał się w Magazynie E-PLAY 3/2018

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *