Jeden mały gem

Świat tenisa od kilku dni żyje niesłychaną passą Igi Świątek, która swoją wierną rakietą rozstawia po kątach francuskiego kortu najlepsze tenisistki świata. Ale Rolland Garros to nie tylko singiel. W debla też grają, chociaż nieco w cieniu.

Duże pieniądze nie lubią ani hałasu, ani ostrego światła. A już na pewno nie duże, nielegalne pieniądze. Tym najlepiej jest właśnie w cieniu. Otóż jeden mecz podwójny pań został ewidentnie ustawiony. Może nie przez wszystkie cztery zawodniczki, może nie cały mecz, ale jednak…

Para amerykańsko-rosyjska grała z parą Rumunek. Nazwiska bohaterek przemilczymy. Rumunki wygrały 7:6 (10-8), 6:4. Nic nadzwyczajnego. Nadzwyczajny jednak był piąty gem drugiego seta. Nadzwyczajny z dwóch, połączonych ze sobą, powodów.

Po pierwsze, zagrywająca Rosjanka popełniła w tym gemie dwa podwójne błędy serwisowe, przegrywając swoje podania z kretesem. Po drugie – na wygraną Rumunek w tym konkretnym gemie postawiono w wielu zakładach bukmacherskich setki tysięcy euro. Tylko akurat na ten gem. Przypadek? Oczywiście toczy się dochodzenie, oczywiście nikt nie podaje szczegółów.

Odkąd oferty bukmacherów rozrosły się do kosmicznych rozmiarów, oferując kursy dosłownie na każde możliwe zdarzenie, coraz łatwiej o kanty. Już nie trzeba płacić sędziemu uczciwie za 3-0, żeby było 3-0. Teraz wystarczy zapłacić graczowi, aby zepsuł jedną akcję.

Albo żeby zgarnął żółtą kartkę przed piętnastą minutą gry. Albo tak strzelał, żeby nie strzelić. Albo zepsuł jedną, jedyną bilę. Tego typu kanty są niemal niemożliwe do wytropienia, i jeżeli nieuczciwy typer nie rzuca się za bardzo w oczy (stawiając setki tysięcy euro na wynik jednego gema), to może buka tak kiwać długo.

Zresztą, nikomu nie trzeba płacić. Wystarczy, że umówią się sami „sportowcy”. Jakiś czas temu mecze koszykówki jednej z europejskich lig kończyły się niespodziewanie wysokimi wynikami. Oczywiście lepsi zawsze wygrywali, ale wyniki – i jedni i drudzy – osiągali ponad 100-punktowe. Normalnie druga NBA. Fenomenalni w ataku, beznadziejni w obronie. Nikt z trybun nie krzyczy, bo nikogo na trybunach w dobie „pandemii” nie ma, ale kasa się zgadza. A skąd? A stąd, że jednocześnie u wielu, zwykle azjatyckich bukmacherów (oni mają największy ruch i najłatwiej tam wałki przechodzą niezauważone) ktoś obstawiał wysoko płatne overy na mecze tej ligi. Czyli zakłady na to, że w którejś tam kwarcie będzie rzuconych ponad tyle a tyle punktów. Im więcej, tym wyższy kurs, wiadomo. Tłumaczyć dalej?

Tak się właśnie kantuje buka. Ale czy tylko buka? Pierwsze, co przychodzi na myśl, gdy się czyta o coraz większej ilości sprzedanych meczów, czy w ogóle o całym sprzedanym sporcie, to refleksja, że największych idiotów zrobiono z kibiców. Okazało się bowiem, że podniecanie się rywalizacją, która żadną rywalizacja nie jest, robi z nas (najbardziej w naszych własnych oczach) kompletnych bęcwałów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *