Liga Mistrzów ulicy

Dwaj muzułmańscy przyjaciele, których rodzice niedługo przed ich narodzinami przeprowadzili się z Afryki do Paryża w poszukiwaniu lepszego życia. Kumple, którzy byli motorami napędowymi sensacyjnego Leicester City, najbardziej niespodziewanego mistrza Anglii w historii Premier League.

Gwiazdy światowego futbolu, które w wieku 18 lat zamiast uczyć się piłki nożnej w renomowanych akademiach, grały amatorsko w dzielnicowych rozgrywkach na siódmym i ósmym poziomie rozgrywkowym, a pierwsze mecze w najwyższej klasie rozegrały dopiero w wieku 23 lat.

Po sobotnim finale Ligi Mistrzów puchar do góry wzniesie jeden z nich – czy będzie to N’Golo Kante z Chelsea, czy też Riyad Mahrez z Manchesteru City?

Podobieństwa w piłkarskich i życiowych drogach Kante i Mahreza można mnożyć niemal bez końca. Obaj wychowywali się bez ojców, którzy przedwcześnie zmarli – Kante senior kiedy N’Golo miał 11 lat, a Ahmed Mahrez gdy Riyad był cztery lata starszy. Dorastali w biednych, imigranckich dzielnicach Paryża, w których przemoc, narkotyki i policyjne naloty były na porządku dziennym. Ich przedwcześnie owdowiałe matki sprzątając utrzymywały całe rodziny, dbając żeby dzieci zawsze miały co jeść i schludnie wyglądały – choćby miało je to kosztować ostatniego centyma czy, później, eurocenta. Nic dziwnego, że kiedy spotkali się w Leicester City, stali się dobrymi kumplami.

Bentley i Mini Cooper

Kręte piłkarskie ścieżki przeprowadziły ich przez brudne ulice, amatorskie kopaniny i drugoligowe derby Normandii aż na Wyspy Brytyjskie, gdzie dokonali niemożliwego, prowadząc Leicester City Claudio Ranieriego do mistrzostwa Anglii. Mahrez jako magik na skrzydle, który związywał nogi obrońcom rywali, Kante jako rygiel defensywy o którym szybko zaczęto żartować, że „70 procent powierzchni ziemi kryje woda, a resztę N’Golo.” Gdyby jednak w sercu ośrodka przemysłowego w East Midlands cichy, skromny i wstydliwy syn imigrantów z Mali nie spotkał bardziej przebojowego kolegi z podparyskiego Sarcelles, nie wiadomo jak potoczyłaby się jego angielska przygoda.

Kojarzyłem go przychodząc do Leicester, bo kilka lat wcześniej rywalizowaliśmy w meczach Le Havre z Caen, na drugim poziomie rozgrywkowym we Francji. To ważne spotkanie pomiędzy rywalizującymi zespołami. Kilka razy się mierzyliśmy, ale nie znaliśmy się osobiście, był dla mnie tylko jednym z rywali. W Leicester jednak błyskawicznie się zakumplowaliśmy, francuskojęzyczna grupa z Riyadem, Gökhanem Inlerem i Yohanem Benalouanem bardzo mi pomogła. Mahrez oprowadzał mnie po mieście, pokazał centrum. Świetnie się rozumiemy, dobrze dogadujemy i to przekłada się na boisko, gramy lepiej bo jesteśmy przyjaciółmi – opowiadał N’Golo Kante kiedy obaj byli piłkarzami Leicester City.

Jak na dwóch kumpli, którzy przeszli takie samo niełatwe dzieciństwo i którzy musieli swoje szanse w poważnym futbolu wyszarpywać centymetr po centymetrze, występuje między nimi też wiele poważnych różnic. Ich symbolem niech będą wybory motoryzacyjne: Riyad kiedy tylko zaczął zarabiać wielkie pieniądze, sprawił sobie efektownego Bentleya, którym chętnie rozbijał się po drogich knajpach. W tym samym czasie Kante jeździł maleńkim Mini Cooperem, odmówił Chelsea na propozycję przepuszczania swojego wynagrodzenia przez raje podatkowe, która zaoszczędziłaby mu 5 milinów złotych rocznie na podatku dochodowym i wstydził się rozmawiać z dziennikarzami.

Chociaż wychowywali się 17 kilometrów od siebie, reprezentują dwa różne kraje: Mahrez Algierię, ojczyznę swoich rodziców w której często spędzał wakacje, a Kante Francję, choć Malijczycy wielokrotnie zgłaszali się do niego z propozycjami reprezentowania kraju przodków. Na boisku też są jak ogień i woda, albo jak pedał gazu i hamulec: Riyad napędzający akcje i N’Golo uniemożliwiający rywalom ich konstruowanie. Patrząc z perspektywy czasu zespół z dwoma takimi graczami musiał walczyć o najwyższe cele. Leicester City Ranieriego było jak Mini Cooper z silnikiem od Bentleya: niepozorny, ale szalenie potężny.

Uprzykrzają życie Guardioli

Teoretycznie w finale Ligi Mistrzów, do którego swoje drużyny niemalże na plecach wciągnęli Kante i Mahrez, faworytem powinien być Manchester City. Mistrz Anglii pod wodzą Pepa Guardioli imponuje nie tylko skutecznością, ale też znakomitą postawą w defensywie, zwycięstwo w lidze zapewnił sobie na długo przed końcem rozgrywek, a Katalończyk jest bezapelacyjnie najbardziej utytułowanym szkoleniowcem XXI wieku. Jest jednak pewien szkopuł – w tym roku zespół z niebieskiej części Manchesteru już trzykrotnie mierzył się z The Blues i dwa razy w kluczowych momentach okazywał się słabszy: przegrał 0:1 w finale Pucharu Anglii i 1:2 w niedawnym meczu ligowym, który – w przypadku wygranej – mógł już zapewnić tytuł The Citizens. Co łączy te dwie porażki? Za każdym razem na boisku nie było Mahreza, a gwiazdy City miały wielki problem ze zdominowaniem środka pola, w którym rządził Kante. We wszystkich przypadkach bukmacherzy przewidywali zwycięstwo zespołu Guardioli, tak też jest przed finałem Ligi Mistrzów. Eksperci z firmy Totolotek wyznaczyli kurs w wysokości aż 4.51 za zwycięstwo Chelsea. Gracze, którzy postawią w Totolotku na drużynę z Manchesteru mogą zarobić 1,85 złotego za jedną zagraną złotówkę (minus podatek). Te kursy pewnie byłyby jeszcze bardziej nierówne, gdyby potwierdziły się obawy o zdrowie N’Golo Kante, który opuścił ostatni mecz ligowego sezonu przez uraz przywodziciela. Tu jednak Thomas Tuchel nie pozostawia wątpliwości.

Przestańcie mnie pytać o problemy. Najpierw zamierzam przywrócić go do treningu, a w sobotę poślę na boisko. Może przestanę przy okazji rozmawiać z lekarzami i fizjoterapeutami, żeby przestać słuchać obaw i marudzenia – jasno wyjaśnił szkoleniowiec The Blues.

Beur i maluch na szczycie świata

O takich jak Mahrez – urodzonych we Francji dzieciach imigrantów z Maghrebu – mówi się beur i w ustach rdzennych Francuzów bywa to określeniem pejoratywnym. Zawsze miał pod górkę. W Sarcelles, podparyskim blokowisku w którym się wychował, łatwiej było zobaczyć płonący samochód niż człowieka sukcesu. Zamieszki, handel narkotykami, walki z policją – to wszystko było codziennością mieszkańców. Okolica była tak niebezpieczna, że rodzice zostawiając synów w mieszkaniu kiedy szli do pracy, zamykali drzwi na klucz, żeby dzieci nie stały się ofiarami wszechogarniającej przemocy.

Na ulicach toczyła się regularna wojna podrostków z ciężko uzbrojonymi oddziałami szturmowymi policji. Mahrez miał jednak na osiedlu inny wzór, niż chuliganów palących auta. Z tego samego Sarcelles do wielkiego futbolu ruszał inny algierski Francuz – Zinedine Zidane. To jego przykład, wzmocniony dodatkową motywacją po śmierci taty, który sam był bramkarzem i kochał futbol, napędziły Mahreza do spełnienia sportowego marzenia. Na drodze stała mu jednak nie tylko bieda, ale też własne ciało.

O Autorze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.