O pokerze Paweł Zarzeczny

Felietonista dziennika Polska The Times w swoim ostatnim tekście wziął się za temat pokera.

„Mało co mnie w życiu zadziwia, ale w ostatni weekend wmaszerowało mi do studia TV Orange Sport dwóch zawodników nieznanej mi do tej pory specjalności. Mianowicie… pokerzystów.

Nie, żebym pokerzystów nie znał, nawet całe mnóstwo, wszyscy „zgolaszeni”, ale ci byli inni. Mianowicie reprezentanci Polski! Wybierający się właśnie na mistrzostwa Europy, by sławić nasz kraj. Jeden był nawet ubrany w biało-czerwone barwy. Wykrztusiłem tylko, patrząc na bliskie mi kolory: „Gdzie jest orzeł?”. Odparli, skonfundowani nieco, że doszyją…

Na moje kolejne pytanie, czy wzięli ze sobą kasę, okazało się – pustaki. Tylko ja miałem tauzena, na piwo noszę, na kobiety, i mam w pogotowiu. Ale nie tracili rezonu.

Młodszy nazywał się Michał Panek. Próbowałem go pocisnąć mocniej. Że pod jego imieniem i nazwiskiem wyskakuje u profesora Google: „Kominy kwasoodporne”.

Odparł, że świat jeszcze o nim usłyszy.

Poprosiłem zatem, by zrobił twarz pokerzysty – zrobił coś, co przypominało mi mojego dzielnego kaukaza Uzi w walce o miskę – groźnie, ale szału nie ma…

Dopytywałem dalej o te mistrzostwa. Otóż Polacy grają w coś, co się mocno przepoczwarzyło.

Bardzo mocno.

Kiedyś poker był grą dla prawdziwych mężczyzn. Szulerów i oszustów. W którym mieszały się dym tytoniu, szelest kart i smród gorzałki. Siadało, ilu chciało, wygrywał jeden, zazwyczaj ten z piątym asem do karety, jak w „Dzielnym szeryfie Lucky Luke”. Bezczelny jak Sundance Kid (- Czemu ty zawsze wygrywasz, jak to robisz? – pada pytanie do Redforda od spłukanego kanciarza, a on mówi krótko: – Modlę się). Albo jak Henry Gondorff (świętej pamięci Paul Newman), który z tasowanej czy przekładanej talii zawsze wyciąga asa pik. Zawsze. Nauczyłem się tej sztuczki, ale gdyby się na Dzikim Zachodzie nie udała, byłbym zastrzelony jak pies albo poszukiwany przez duet Waltz plus Django.

Boże, przecież tysiącletnia historia pokera sprowadza się do kapitalnego monologu (Jan Nowicki do Leona Niemczyka, copyright Jan Purzycki): – Ja oszukiwałem i pan oszukiwał. Ja oszukiwałem lepiej.

No więc taki poker każdy kocha. Tymczasem wymyślono nowy, Texas, podobno popularny. W skrócie: zamiast wygrywać, jak sama nazwa wskazuje, pokerem albo karetą czy fullem, można wygrać parą dwójek. Albo i bez pary. Albo pokonać bez wysiłku mistrza świata – każdy ma na to szansę, jeśli dostatecznie dobrze, poza blefem, opanuje rachunek prawdopodobieństwa. Niektórzy mają to intuicyjne – jak Dustin Hofman w „Rain Manie”, gdzie krupier zdumiony mówi przy Black Jacku: – Nikt nie potrafi policzyć czterech talii kart (a może ośmiu?). No więc tamten Dustin jednak liczył i wiedział, kiedy dobrać kartę do „oka”. Aż dostał kopa za drzwi, jak to w kinie zresztą, i jak w życiu. Ale fajne to było – szuler kontra szulerom.

Aż tu nagle… No więc poker został odarty z przeszłości i stał się zwykłą grą sportową. Jak szachy, jak brydż czy gra w monopoly. Zabawa na żetony, liczenie punktów, może się nawet stać – jako zabawa logiczna – dyscypliną par excellence – olimpijską!!!

No więc ja protestuję. Ja potrzebuję – to inny film – zapachu pieniędzy. Tego dymu i spłukanych facetów po trzech nocach tasowania kart. Ooo, to sfilmować, krople potu na czołach, ukryte kamery, to byłyby igrzyska. A nie podróbka, coś jak boks w kaskach…”

Paweł Zarzeczny

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.