Szymon Bartnicki – spowiedź hazardzisty

Na początku sporo wygrywałem. To były szybkie i łatwe pieniądze. W ciągu kilku minut dzięki przelewom internetowym te pieniądze ponownie zasilały konto bukmachera. Uderzyło mi to do głowy i pobudziło pragnienie jeszcze wyższych wygranych, zdobycia jeszcze większego luksusu.

Czułem się jak król życia. To był motor napędowy dalszego grania i kompletnie sobie z tym nie poradziłem. Przekonywałeś wtedy wszystkich dookoła, że jesteś graczem, a nie dusza towarzystwa, wygadany, pewny siebie, ale to były jedynie pozory. W tym okresie grałem już w sposób patologiczny, więc ukrywanie nałogowego obstawiania wymagało ode mnie wielkiego wysiłku. Zakładałem maskę i nikt nie widział, co tak naprawdę dzieje się w moim życiu, jakie emocje mną targają. A działy się rzeczy straszne.

Z nałogami jest tak, że trzeba upaść, odbić się od tego dna, stanąć przed lustrem i powiedzieć: Mam dosyć. Przez 10 lat przegrywałeś dziesiątki tysięcy złotych w zakładach bukmacherskich, gdzie należy przewidzieć wynik spotkania sportowego. Żyłeś w spirali długów i strachu przed kolejnymi telefonami od wierzycieli.

Od czego zaczęły się twoje kłopoty?

Zacząłem grać na początku szkoły średniej. Mieszkałem wtedy w internacie, z dala od domu. Najpierw za drobne, ale bardzo szybko przerodziło się to w gry za sumy trzycyfrowe. Już pierwsze wygrane bardzo mnie pobudziły. Obstawiałem np. za 200 zł, a udawało się czasami wygrać nawet 1200 zł. A niedługo potem w ruch szły już tysiące złotych. Ciągle jestem pytany o to, ile przegrałem?

Można to jakoś oszacować?

Nie jestem wstanie tego policzyć, bo straciłem kontrolę nad swoim graniem, na które przeznaczałem środki z różnych źródeł. Najpierw przepuszczałem pieniądze na utrzymanie, które dostawałem od rodziców, potem przegrywałem swoje kolejne pensje, a pod koniec także pieniądze z kredytów oraz pożyczek od znajomych. Na samym początku swojego grania usłyszałem od kolegi: Nie myśl o tym, ile możesz przegrać. Pomyśl o tym, ile możesz wygrać! I to było moje motto, które towarzyszyło mi przez te wszystkie lata. Cały czas czekałem też na wielką wygraną, która miała rozwiązać moje wszystkie kłopoty finansowe.

A twoje granie przerodziło się w uzależnienie, w nałóg.

Wszystko jest dla ludzi, hazard też jest dla ludzi, ale trzeba mieć świadomość ryzyka, jakie niesie w sobie m.in. bukmacherka. Nie zdawałem sobie z tego sprawy i bardzo szybko, już po kilku razach, utraciłem kontrolę nad grą. Najpierw grałem w punktach stacjonarnych, a gdy zacząłem obstawiać przez internet, popłynąłem całkowicie. Mój hazard stał się patologiczny, musiałem zagrać, to była obsesja, a pieniądze to były dla mnie tylko cyferki. Teraz, mimo że już nie gram, to jestem uzależniony od hazardu i będę uzależniony już do końca życia. To tak jak alkoholik jest uzależniony od alkoholu i w każdej chwili może znowu zacząć pić.

W szpony hazardu wpadłeś jako bardzo młody człowiek. Miało znaczenie to, że zacząłeś grać jako nastolatek?

To też, bo gdy zaczynałem, nie miałem nawet 18 lat. Problemem był nie tylko mój wiek. Zgubne okazało się też to, hazardzistą. Podkreślałeś, że znasz się na sporcie, znasz piłkarzy.

Oszukiwałeś sam siebie?

W tamtym okresie piłkarzy jeszcze osobiście nie znałem, dopiero po studiach, gdy rozpocząłem pracę jako dziennikarz sportowy, wszedłem w to środowisko. Uważałem, że znam się na sporcie, ale tak w Polsce myśli każdy kibic. Najpierw była „Piłka Nożna”, potem pracowałem dla Legii Warszawa, a po kilku latach trafiłem do oficjalnego kanału PZPN „Łączy nas piłka”. Obsługiwałem reprezentację Polski w piłce nożnej, gdy zgrupowania odbywały się w Warszawie. Zarabiałem nieźle, ale ciągle byłem pod kreską. To wtedy zacząłem pożyczać pieniądze od piłkarzy.

Latami ukrywałeś swój problem z hazardem. Jak udawało ci się uśpić czujność współpracowników i przełożonych?

Niewiele osób potrafiło dostrzec, że dzieje się ze mną coś złego. Osoby uzależnione są mistrzami w ukrywaniu swoich problemów, nie inaczej było ze mną. Jestem człowiekiem kontaktowym, otwartym. W dzieciństwie uprawiałem taniec towarzyski. Zawsze uśmiechnięty, blem, jestem uzależniony.

Czy tak stało się w twoim przypadku?

Tak. Sięgnąłem dna. Doszedłem do momentu, w którym nie widziałem już szans na wyjście z tych wszystkich problemów. Wtedy pojawiały się myśli o samobójstwie. Kilka razy stałem na moście i chciałem rzucić się do rzeki, ale za każdym razem zabrakło mi odwagi.

Na początku stycznia minęły cztery lata od momentu, gdy opuściłeś zamknięty ośrodek leczenia uzależnień na Mazurach. Na Twitterze wspominasz, że czułeś się wtedy jak Kamil Stoch.

Porównanie do Kamila dotyczy tego, że w tym czasie odbywały się zawody, które Kamil wygrał w spektakularny sposób. To porównanie do naszego świetnego skoczka dotyczyło radości, którą było widać u niego. Sam odczuwam ją do dziś, bo dotyczy mojego nowego życia.

Jak to się stało, że trafiłeś do ośrodka, gdzie poddałeś się terapii?

O moich kłopotach dowiedziała się moja partnerka. Nie zostawiła mnie, była przy mnie i dzięki niej przetrwałem najgorsze chwile. Jesteśmy parą do dzisiaj. To ona zwróciła się do naszego znajomego, który również miał problem z hazardem i korzystał z pomocy fachowców. Polecił mi ośrodek, w którym rozpocząłem nowe, lepsze życie. To było osiem trudnych tygodni, wiele się wtedy o sobie dowiedziałem. Do dzisiaj jestem w kontakcie ze swoją terapeutką. Dostałem od niej wytyczne, że mam się m.in. trzymać z dala od dziennikarstwa sportowego. Wychodzenie z uzależnienia to proces. Wiele osób kojarzy uzależnienie od hazardu z patologiczną grą i długami, jakie powstają, natomiast uzależnienie to choroba, zaburzenie psychiczne, które trzeba leczyć.

Dlaczego o tym mówisz?

Na pewno nie po to, żeby się usprawiedliwić. Problem nie dotyczy tylko samej gry i długów. Hazard wchodzi we wszystkie cząstki naszego życia, bardzo mocno wpływa na emocje, na sposób radzenia sobie z nimi oraz na relacje z innymi ludźmi. W momencie, kiedy osoba uzależniona przestaje grać, powstaje w jej mózgu pustka, która dotyczy każdej ze sfer życia. Ta pustka utrudnia, a z czasem wręcz uniemożliwia codzienne funkcjonowanie.

Co w uzależnieniu jest najgorsze? To, że można przegrać duże pieniądze?

Też tak długo myślałem, ale przekonałem się, że pieniądze to jest tak naprawdę malutki ułamek wszystkich strat. To jedynie dodatek. Sam przegrałem znacznie więcej. Przegrałem zaufanie osób, na których mi zależy, przegrałem swoją godność, przegrałem ważne momenty życia zawodowego i prywatnego. Najbardziej szkoda tych chwil z bliskimi – z bratem, rodzicami, moją dziewczyną. To wszystko straciłem przez grę – byłem obecny przy nich ciałem, ale moje myśli błądziły zupełnie gdzie indziej. To są według mnie najgorsze rzeczy, które zabiera hazard.

Masz 31 lat i od niedawna pomagasz innym. Spłacasz dług, bo tobie też ktoś kiedyś pomógł?

Założyłem stronę www.postawna-siebie.org. Jeżdżę z wykładami po klubach i szkołach, rozmawiam z młodymi piłkarzami, uczulam ich i ostrzegam. Na moim przykładzie dowiadują się o tym, jak hazard potrafi być podstępny.

Publikujesz w mediach społecz-nościowych listy od ludzi, którzy szukają u ciebie pomocy. „Mam gracza, który stacza się przez hazard” – pisze trener drugoligowej drużyny piłkarskiej. Co wtedy robisz?

Jeżeli mam możliwość kontaktu z takim człowiekiem, to zawsze rozmawiam i tłumaczę, że powinien szukać pomocy u specjalisty, terapeuty od uzależnień. Podaję adresy do poradni, do ośrodków, bo tylko tam czeka specjalistyczna pomoc. A czy ta pomoc zadziała, to w dużej mierze zależy od samego pacjenta.

Wywiad z Szymonem Bartnickim ukazał się w Tygodniku Angora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *