Kasyna uratowały Indian przed białym człowiekiem

Foxwood Casino w stanie Connecticut to hotel i kasyno należące i zarządzane przez plemię Pekotów. Od paru dekad w kraju Indian, przy brzęku jednorękich bandytów oraz szeleście kart do pokera, toczy się gra o naprawdę wysokie stawki: gospodarczą niezależność i polityczną suwerenność plemion. Często jest to rozgrywka brutalna i brudna.

„Dzwonią do nas „petenci” i mówią, że chcieliby odszukać swoje indiańskie korzenie. Twierdzą, że wydaje im się, iż są albo Oneidami, albo Pekotami”

– tak opowiadał, śmiejąc się, antropolog Tony Wonderley przed 20 laty, kiedy był zatrudniony przez Oneidów (ich pełna, oficjalna nazwa brzmi Naród Indian Oneida) do badania ich historii.

Skąd to nagłe poczucie przynależności do którejś z niewielkich grup tubylczych w USA? Przez kasyna. Pekoci zarządzają Foxwoods Casino – jednym z największych domów gry na świecie (w Mashantucket w Connecticut, w połowie drogi między Bostonem a Nowym Jorkiem), a Oneidowie, właściciele kasyna Turning Stone, z dogodnym dojazdem wprost z nowojorskiej autostrady stanowej, rządzą biznesem hazardowym w środkowej części stanu. Tych dwóch grup nie łączą więzy krwi, kultura, czy język. Wspólne mają jedynie to, że teraz wielu białych chciałoby się stać członkiem jednej albo drugiej. Oraz to, że równie wielu nienawidzi ich za świeżo wygenerowane bogactwo.

Nowe bizony

Kraj Indian to pojęcie nie tylko metaforycznie uznające pierwszeństwo rdzennych Amerykanów na kontynencie i ich moralny tytuł do ziemi. Ma ono również znaczenie bardziej ścisłe, sformułowane w Kodeksie Stanów Zjednoczonych, czyli zbiorze praw federalnych, i oznacza terytorium należące do Indian (głównie rezerwaty) i wzięte w zarząd powierniczy przez rząd federalny. Od uchwalenia w 1934 r. Ustawy o reorganizacji Indian (Indian Reorganization Act) ma on prawo odkupować na użytek Indian ziemię zagarniętą im w XIX w., nie pytając władz stanowych o zgodę.
Kasyna są jednym z najbardziej charakterystycznych elementów krajobrazu w kraju Indian: wzrok przykuwają rozbłyskające milionem kolorów budowle Indian Ute w Colorado i Pekotów w Mashantucket, imponujące wieżowce Seneków w Niagara Falls i Buffalo, czy dziesiątki kasyn indiańskich w Oklahomie. Zwraca na siebie uwagę zbudowane z cegieł adobe niewielkie kasyno w Taos w Nowym Meksyku, doskonale zlewające się z innymi budynkami w miasteczku, przez co wyglądające jak historyczny zabytek.

W stanie Nowy Jork zaś kasyno Oneidów uchodzi za jedną z największych atrakcji turystycznych m.in. ze względu na oryginalny, opływowy kształt. Mało osób też wie, że największy dom gry na świecie – WinStar World Casino and Resort – również należy do Indian. Jego właścicielami są Czikasawowie z Oklahomy.

W 2019 r. biznesy (kasyna i cała infrastruktura wokół nich, jak hotele i sklepy) tylko dwóch „kasynowych plemion”, Pekotów i Moheganów z Connecticut, przyniosły odpowiednio 787 mln i 992 mln dolarów zysku. Moheganie stali się też pierwszymi w historii Indianami, którzy kupili profesjonalny klub sportowy: grający w WNBA Orlando Miracle, dziś znany jako Connecticut Sun. Są również największymi pracodawcami w swoim stanie.

„Gry hazardowe przyniosły największy w historii napływ dochodów do kraju Indian” – zauważa David Wilkinson, prawnik przez lata wspierający Indian.

Upadek

Wszystko zaczęło się od katastrofy. W ciągu XIX w. biali Amerykanie upchnęli przetrzebione przez rząd i choroby tubylcze ludy w rezerwatach, głównie na zachodzie kraju. Wiele społeczności na Wschodnim Wybrzeżu uległo dezintegracji lub marginalizacji (jak Irokezi w stanie Nowy Jork). Plemionom pozostało niewiele opcji. Te, na których ziemiach odkryto surowce jak uran, gaz czy węgiel (Nawahowie w Arizonie czy Apacze Jicarilla w Nowym Meksyku), jakoś dawały sobie radę, pobierając od spółek opłaty za ich wydobycie. Inne zajęły się hodowlą bydła (Seminole z Florydy) czy koni (Nezpersowie z Idaho). Indianie utrzymywali się z pracy na godziny na polach swoich białych sąsiadów, a nawet z takich zajęć, jak wyplatanie koszy czy mioteł.

A gdy plemiona próbowały uruchomić biznesy w rodzaju moteli czy galerii handlowych, szybko przegrywały konkurencję z amerykańskimi gigantami. Dużym ograniczeniem był, i wciąż jest, także fakt, że rezerwaty mają status federalnych ziem powierniczych, co oznacza, że nie mogą być sprzedawane przez plemiona czy oddawane pod zastaw jako zabezpieczenie pożyczek na rozwijanie przedsięwzięć ekonomicznych.

Tylko nieliczni, jak Osedżowie z Oklahomy, odnieśli prawdziwy sukces, gdy na początku XX w. odkryli pokłady ropy naftowej na terenie swego rezerwatu, stając się najbogatszymi Amerykanami na kontynencie. Zapłacili jednak wielką cenę w postaci serii morderstw członków społeczności, gdy biali próbowali przejąć intratny biznes.

W latach 50. XX w. Senat USA rozpoczął politykę „terminacji” – urzędowego rozwiązywania plemion, próbując zrzucić z rządu federalnego odpowiedzialność za społeczności tubylcze i uczynić z Indian „zwykłych obywateli”. Odpowiedzialność ta była ugruntowana sięgającymi jeszcze przełomu XVIII i XIX w. aktami Kongresu, orzecznictwem Sądu Najwyższego oraz traktatami z plemionami. Sprowadzała się ona do tego, że w ramach rekompensaty za przejętą indiańską ziemię prezydent i Kongres stawali się „opiekunami Indian”, chroniąc ich prawa przed zakusami władz stanowych i dbając o ich edukację, zdrowie i przetrwanie ekonomiczne. W ramach polityki „terminacji” Kongres zdążył rozwiązać ponad sto mniejszych grup indiańskich i o 3 proc. zmniejszyć obszar ziemi wziętej w federalne powiernictwo (a dzisiaj tylko na takiej można otwierać kasyna). …i wzlot plemion

Wiatr zmian powiał na przełomie lat 60. i 70. XX w., w okresie zapoczątkowanego przez czarnych Amerykanów i podjętego przez inne mniejszości, także Indian, odrodzenia etnicznego i walki o prawa obywatelskie. Prezydentowi Richardowi Nixonowi, zwolennikowi prawa Indian do samostanowienia, udało się wówczas zerwać z polityką „terminacji”, co ułatwiło plemionom rozpoczęcie walki o poprawę swojego bytu.

Do końca lat 80. XX w. plemiona indiańskie wynegocjowały ponad 500 mln dolarów zadośćuczynienia za utracone ziemie. Środki te pozwoliły m.in. rozkręcić pierwsze biznesy hazardowe na terenach rezerwatów. Tubylczy Amerykanie doszli również do wniosku, że skoro nie mają większych szans w normalnej rywalizacji ekonomicznej ze swoimi nieindiańskimi sąsiadami, to skorzystają ze swoich praw: potwierdzonej wyrokami sądów niezależności od władz lokalnych i traktatów zawartych z amerykańskim rządem.

Wszystko zaczęło się trochę przypadkowo: od sądowego zwycięstwa w 1976 r. małżeństwa Odżibuejów, którzy odmówili zapłacenia 147 dolarów lokalnego podatku od nieruchomości (mieszkali w kamperze na terenie rezerwatu). Po pierwsze, nie było ich na to stać, a po drugie uważali, że to nie w porządku, iż „obca” jurysdykcja usiłuje narzucić im swoje wymogi. Sąd Najwyższy przyznał im rację i stanowi Minnesota kazał odczepić się od ziemi plemiennej. Niebawem w całym kraju Indian zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu najpierw sklepy tytoniowe z tańszymi papierosami (bo plemiona obniżały ich koszta o stanowe akcyzy), a potem domy gry, w których pozwalano klientom obstawiać wyżej niż przewidywały przepisy stanowe.

Miliony obywateli porzuciły salki parafialne – tradycyjne miejsce partyjek bingo po niedzielnym nabożeństwie – na rzecz prawdziwego hazardu. W awangardzie przemian znaleźli się Seminole z Florydy – gdy otworzyli salę do gry w bingo pod Fort Lauderdale, szybko odwiedził ich szeryf stanowy, który właścicielom lokalu zagroził aresztowaniami. Do czynów posunęli się jego koledzy z południowej Kalifornii, którzy najechali nowo otwarty przybytek należący do plemienia Cabazonów i aresztowali ponad setkę pracowników oraz klientów.

Indianie nie dali się zastraszyć i wnieśli sprawy do sądu. Werdykty, tak samo jak w przypadku małżeństwa Odżibuejów, zapadły na korzyść Indian. Na straży suwerenności Seminolów stanął sąd dystryktowy w Fort Lauderdale, zaś za Cabazonami ujął się Sąd Najwyższy, który orzekł, iż mają prawo organizować hazard na swojej ziemi, a jeśli ktokolwiek z zewnątrz miałby mieć nań wpływ, to Kongres USA, a nie stan Kalifornia. Werdykt był też po myśli prezydenta Reagana, który wcześniej drastycznie ograniczył wydatki z budżetu na Indian, przyczyniając się do zwiększenia ubóstwa i bezrobocia w rezerwatach. (…)

Czytaj cały artykuł na wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.