Hazard wspiera sport

Uważam Rze: Główną ofiarą ustawy hazardowej jest polski sport. Straty szacuje się na 100 mln złotych

Nie mamy w Polsce ani mafii dającej kasę na sport, ani oligarchów, najbogatsi Polacy nie bardzo się do sportu garną. I do tego mamy tę głupią ustawę, i mamy ją taką właściwie tylko dlatego, że jacyś politycy spotkali się na cmentarzu – mówi w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Zbigniew Boniek, prezes PZPN.

Firma Unibet przeznaczała 16 milionów złotych na kluby pierwszej ligi, indywidualne umowy sponsorskie z bukmacherami miały Wisła Kraków i Lech Poznań. Bet-at-home wpłacał do kasy krakowskiej klubu 12 milionów, BetClic na drużynę z Poznania przelewał 16 milionów. Po wycofaniu się sponsorów związanych z zakładami polska piłka nożna przeniosła się w inny wymiar. Walcząca co roku o mistrzostwo Polski Wisła jest w dolnej połowie tabeli, Lech stawia na wychowanków, a pierwszej lidze nie udało się przyciągnąć żadnej innej firmy, która za reklamę byłaby w stanie zapłacić wystarczającą kwotę, by nie martwić się o jutro. Kryzys finansowy dopadł kluby ekstraklasy w sezonie po mistrzostwach Europy, które miały przecież napędzić koniunkturę. Polska nie stała się nową piłkarską ziemią obiecaną. Mamy piękne stadiony, ale nie mamy pieniędzy.

Poprzednie władze piłkarskie z Grzegorzem Latą na czele nie próbowały walczyć z przepisami. Wiadomo było, że sytuacja się zmieni, kiedy do sterów dojdzie Boniek. Sam reklamuje firmę Expekt. Kiedy pytano go, czy bycie twarzą bukmachera nie przeszkadza w sterowaniu piłkarskim związkiem w Polsce, odpowiedział, że jest obywatelem Włoch. – Ambasadorem tej firmy jestem od 10 lat, jeszcze od czasów, gdy nikt tego nie zabraniał. Kto zapyta, temu mówię: ustawa jest zła. Piłka jest po stronie tych, którzy uchwalają ustawy. Niech się zastanowią, dlaczego polskiemu sportowi takie pieniądze uciekają. Nasi sympatyczni koledzy z polityki muszą po prostu zacząć myśleć. A takie sprawy są dla codzienności polskiego futbolu dużo ważniejsze niż wygrana czy przegrana kadry – tłumaczy Boniek.

Martwe prawo

Polska ustawa hazardowa powstała na kolanie. Trzeba było działać szybko, bo afera mogła rozsadzić Platformę Obywatelską od środka. W październiku 2009 r. „Rzeczpospolita” ujawniła nagrania rozmów Zbigniewa Chlebowskiego z biznesmenem z branży hazardowej Ryszardem Sobiesiakiem, w sprawę zamieszany był także minister sportu Mirosław Drzewiecki. Skarb Państwa narażony był na stratę blisko 0,5 mld złotych. Ekipa Donalda Tuska zatwierdziła prawnego bubla, chcąc pokazać skuteczność i szybkość działania. Hazard przeniesiono do kasyn, zakazano reklamowania. Nikt o sporcie nie myślał, oficjalnie rząd ratował Polaków przez uzależnieniem.

Bukmacherski interes zwinął się tylko z reklam, bo na pewno nie z internetu. Polacy obstawiają wyniki meczów równie chętnie jak wcześniej na portalach zarejestrowanych za granicą. Przed wejściem w życie nowej ustawy zagraniczne internetowe firmy bukmacherskie dostępne dla fanów w Polsce informowały, że gra u nich pół miliona ludzi, wydając kilka milionów złotych dziennie. W 2008 r. obrót e-hazardu wzrósł o 800 mln złotych i jednocześnie zmalał w stacjonarnych punktach. Szacunki Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową wykazały, że obrót dostępnych w polskiej wersji językowej portali hazardowych już trzy lata wcześniej przekroczył miliard.

czytaj całość w najnowszym numerze Uwazam Rze lub na stronie internetowej (dostęp płatny)

O Autorze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.